czwartek, 23 sierpnia 2012

Rozdział 4


  1. Londyn oczarował mnie natychmiastowo. Do miejsca zamieszkania jechaliśmy wymarzonym autobusem Ali. Miała uśmiech dziecka, które właśnie dostało lizaka. Hotel okazał się wytworniejszy niż przypuszczałem. Spojrzałem ponownie na moją towarzyszkę. Jestem pewien, że nie zabrała mojej karty. Zawsze przypuszczałem, że nie należy do bogatej rodziny.
Dostaliśmy pokój dwuosobowy. Nie był to apartament lecz mieliśmy do dyspozycji dwa piętra. Tak zwane pokoje Deluxe. Na dole znajdował się salon i łazienka a u góry pokój.
-Co powiesz abyśmy wybrali się do muzeum woskowego? Po drodze zwiedzimy jeszcze trochę miasta ale robi się już ciemno to nie będziemy się dalej zapuszczać-zaproponowała i spostrzegłem, że jej oczy miały dzisiaj kolor zielony tak jak jej sukienka, lecz nie założyła do niej typowo balerinek tylko trampki. Pobrudzone niewiadomo czym.
-Wszystko jedno. Powiesz mi coś?
-Pytaj.
-Mieszkasz na Brooklynie?
Dziewczyna zmieszała się lekko i otwarła drzwi wyjściowe.
-Nie-powiedziała krótko i zaprosiła mnie ręką bym poszedł za nią. Przejście przez miasto okazało się nie tak proste jak przypuszczałem. Ali nie zdołała się powstrzymać przed kupnem nowych conversów, których jak stwierdziłam nie ma w Ameryce. Następnie znalazła się w sklepie z ubraniami, bo w końcu jak można przyjechać do Londynu nie kupując sobie koszulki „I love Londyn” ? Zanim znaleźliśmy się w muzeum zrobiło się całkiem ciemno. Nie zagościliśmy tam zbyt długo, ponieważ źle się poczułem oraz zamykali budynek.
Od razu po znalezieniu się w miękkim łóżku zasnąłem a pobudka nastąpiła w południe. Zazwyczaj nie śpię tak długo ale ostatnio się odregulowałem a podróż się do tego przyczyniła. Od razu poszliśmy w miasto. Allison nie umiała się pogodzić, że przepasaliśmy tyle czasu. Tydzień minął bardzo szybko a moje samopoczucie poprawiło się. Blondwłosa dzień w dzień wracała z kolejnymi torbami zakupów, jeszcze zacznę podejrzewać, ze przyjechała tutaj na zakupy. W szkole chodzi cały rok w tych samych butach a teraz ma z pięć par nowych przynajmniej.
-Nie patrz tak na mnie, dzisiaj wróciłam z czymś dla ciebie- mówiąc to wyciągnęła z jednej z toreb męski sweter. Z tyłu wyglądał całkiem atrakcyjnie ale jak obróciła go do przodu.. SWETEREK W SEREK!
-Bez obaw, spodziewałam się, że ci się nie spodoba to tylko do poprawy samopoczucia. Jak tam dzisiaj? Przesiedziałeś większość czasu w hotelu.
-A planujesz jeszcze coś?
Zrobiła niewinną minę i podała mi plakat koncertu My chemical romance, który ma się odbyć dzisiejszego wieczora.
-Mam nadzieję, że nie jesteś dzisiaj umierający.
-Skadże!


Dwa punkty na liście zostały odhaczone. Od razu po koncercie poszliśmy na samolot na Manhattan. Od razu po przyjeździe wybrałem się na chemioterapię aby nie było jakiś komplikacji przez zaniedbanie w tamtym tygodniu. Wszystko było w porządku tylko poproszoną mnie o wcześniejszą konsultację jakby przyszło mi coś takiego do głowy następnym razem. Bardziej zła była moja matka. Pewnie przez całą moją nieobecność nie poszła na żaden zabieg kosmetyczny, wyglądała koszmarnie i ten jej wzrok..
-Jeżeli myślisz, że twoja ucieczka z domu zostanie potraktowana łagodnie mylisz się. Ta dziewczyna ma na ciebie bardzo zły wpływ. Mając takich rodziców spodziewałam się po niej czegoś zupełnie innego. Co stało się z Amy? To była taka miła dziewczyna!
W tym momencie miałem ochotę się zaśmiać ale wiedziałem że powaga sytuacji jest zbyt duża. Mama czasem potrafiła być naprawdę groźna.
-Jak widzisz żaden z moich znajomych nie zamierza mnie widzieć w tym Amy. Allison będzie tutaj przychodzić tyle ile będzie chciała.
Przez chwilę Elizabeth Cort stała w miejscu w bezruchu. Nigdy nie mówiłem do niej w taki sposób. Mamy z mamą czasem spięcia ale wiem, że stara się robić to co dla mnie najlepsze.
-Masz wrócić do szkoły, ewentualnie zostaniesz w domu w poniedziałki kiedy masz chemioterapię. Jeszcze dzisiaj zawiadomię dyrektorkę-rzekła całkiem spokojnie. Cofam co wcześniej powiedziałem.
-Do szkoły?! Przecież przed chwilą powiedziałem, że..
-Słyszałam cię bardzo dobrze ale za rok masz maturę i nie możesz sobie pozwolić na zaniedbanie swoich obowiązków. Na uniwersytet Columbia nie dostaniesz się z byle jakim wynikiem. Bez dyskusji.
Teraz mnie zamurowało dopóki nie wzięło mnie na wymioty. Mama odeszła do swojej sypialni z kamienną twarzą. Miałem rację, że nie można jej podpadać ale nie sądziłem, ze tak się zdenerwuje moimi słowami. Zaskoczyło mnie również, że zna rodziców Allison. Zdążyłem się dowiedzieć, że nie mieszka na Brooklynie, gdzie znajduje się biedniejsza ludność Manhattanu oraz że opiekuje się nią opiekunka.
Rozmyślanie w łazience przerwał mi telefon. Dzwonił lekarz. Najświeższe wiadomości czyli nic nowego. Podobno mam wielkie szczęście, że nie straciłem włosów. Najwidoczniej mój organizm nie jest jeszcze tak słaby ale chyba bym się załamał, gdybym musiał chodzić w chustce na głowie. Ukryłem twarz w dłoniach i zacząłem płakać. Znowu. Connor powiedziałby, że zaczynam mięknąć. Wieczorem miałem zamiar zadzwonić do Ali by przyszła do mnie rano to pojechalibyśmy razem do szkoły ale wywołalibyśmy w tym zbyt dużą sensację. Zamiast tego napisałem krótkiego smsa że wracam.
Do Constance Billard chodziły bogate bachory lub ci ze stypendiami. Większość kończąc tą szkołę trafiają na prestiżowe uczelnie takie jak Yale, Brown czy Oxford. Ja zdecydowałem się na Columbię, która znajduje się na Upper East Side dzięki czemu zawsze miałbym blisko do domu oraz uczęszczała tam moja siostra- Katniss.
Wracając do szkoły postaram się by nikt nie zauważył, że zostałem odtrącony od Elity. Będę zachowywał się jak gdyby nigdy nic się nie zmieniło. Kiedy pojawiłem się na korytarzu od razu zauważyłem różnicę mimo iż nie było mnie tutaj jakiś miesiąc. Megan nie czekała na mnie w głównym wejściu, można było zauważyć Amy i Jaspera trzymających się za ręce- znowu, a ludzie nie patrzyli na mnie już ze współczuciem tylko nie patrzyli wcale. Teraz już nie wiem co gorsze. Jak zauważyłem Connora poklepałem go przyjacielsko po plecach.
-Cześć, Con! Jak tam zawody z zeszłego miesiąca?
Popatrzył na mnie nieco zaskoczony lecz szybko się zreflektował uśmiechem takim, którym zawsze mnie obdarzał.
-Pokonaliśmy w końcu niebieskich! Liczę na to, że będziemy zdobywać teraz same złote medale. A jak u ciebie? Jesteś już w formie?
-W jak najlepszej!- skłamałem ale nie ma innego wyjścia aby zdobyć powrotem ich sympatię. W oddali ujrzałem Megan. Podeszła do nas i stanęła obok Connora opierając mu rękę na ramionach. Była jedną z niewielu dziewczyn, która była z nim prawie równego wzrostu. Centymetrów dodawały jej również wysokie obcasy.
-Widzę, że Cort wrócił!- krzyknęła lecz niepewnie spojrzała się na Connora.
-Jesteście parą?- spytałem z nutą żartu w głosie. Jeśli mój najlepszy przyjaciel zgodził się na ‘zniewolenie’ przez dziewczynę byłbym naprawdę w wielkim szoku. Zaprzeczyli uśmiechając się, czyli coś się wydarzyło ale nie przyznają się do tego łatwo. Później napięcie opadło więc rozmawialiśmy ze sobą jak kiedyś. Becka miała blisko mnie szafkę, dlatego nasze spotkanie było nieuniknione. Oczywiście pojawiła się ze swoją świtą- Callie i Charlotte oraz Brendy, która szła nieśmiało z tyłu. Zazwyczaj była wykorzystywana przez tą trójkę, lecz ta zawsze chciała się z nimi przyjaźnić. Ktoś musi ją uświadomić, że to co robi wcale nie przyniesie jej sympatii swoich idolek.
-Hej, misiaczku! Właśnie Con i Megan złapali mnie by mnie powiadomić o twoim jak najlepszym zdrowiu. Wspaniale! Idziesz ze mną na lekcę?- mówiąc to odesłała wzrokiem dziewczęta. Te bez pytań odeszły z opuszczonymi głowami. Blondynka wzięła mnie pod ramię. Rozmowa z nią była błacha i prosta jak zwykle. Nie było trudno ją przekonać do siebie, jeśli wygląda się tak jak ja i ma się tyle funduszy ile ja. Takich chłopaków szukała Becka. Jej randka z Connorem musiała być zmyślona. Nie wyglądają na parę, a znając moją uroczę przyjaciółkę na pewno by się z tym obnosiła.
-Jeśli chcesz możemy spotkać się po zajęciach, gdzieś. Mam dzisiaj wolny dzień. Chyba, że wolisz w trakcie, żaden kłopot-rzekła i puściła mi oczko. Mam nadzieję, że nie stanę się obiektem jej zalotów więc grzecznie odmówiłem. Po drodze do klasy zauważyłem Allison. Spojrzała na mnie lecz nagle zadzwonił dzwonek więc nie odezwaliśmy się do siebie ani jednym słowem tylko nieco przyspieszyłem by się nie spóźnić. Historię muzyki miałem z Amy. Pewnie też rozmawiała z Connorem, więc myśli że wszystko ze mną w porządku. Szkoda, że naprawdę nie jest. Tak naprawdę nie skłamałem aż tak bardzo tylko podkoloryzowałem fakty. Nikt nie spytał się czy zostałem wyleczony. Po chwili podeszła do mnie z tym swoim sztucznym uśmiechem.
-Miło cię widzieć w szkole i w zdrowiu.
-Ciebie również-odpowiedziałem krótko. Przez chwilę nastała cisza lecz w końcu powiedziała to co nam obu chodziło po głowie:
-Przepraszam, że zerwałam z tobą w takiej chwili.
W tym właśnie momencie pomyślałem o liście, którą stworzyliśmy wraz z Allison.
-To była tylko kwestia czasu. Jestem pewien, że wiedziałaś że nic do ciebie nie czułem. Nigdy. Byliśmy ze sobą dla wygody, nieprawdaż?
- T-tak- zająkała się i rzekła że musi iść po książkę na następną lekcję. Dopiero po chwili doszedłem do wniosku, że nie brzmiało to miło ale musiałem to w końcu wykrztusić. Trzeci punkt z listy odhaczony. Wciąż brakuje sześciu do wpisania. Moje myśli powróciły do Katniss. Nie byłem za dobrym bratem. Może się mylę ale to ja rozpocząłem wojnę między nami. Kiedy miałem siedem lat uczęszczaliśmy razem na lekcje konne. Po jakimś czasie zrodziła się między nami rywalizacja. Na pierwszych zawodach, zahaczyłem się siodłem do siodła Kat. Skutkiem było to, że wyleciałem w powietrze wprost na ziemię a moja siostra objęła prowadzenie. Leżałem w szpitalu jakieś dwa miesiące, ponieważ moja noga była w gipsie i coś stało się z kręgosłupem. Jako ‘młodocian’ kości w miarę szybko się zrosły. Po tym już nigdy nie spojrzałem na swoją siostrę z miłością czy troską, która powinna się pojawić wśród rodzeństwa. Kiedy poszła na studnia medyczne od razu poznała tam nijakiego Karola. Nie dość, że znienawidziłem ją za to, że dostała się do Columbii gdzie miałem studiować ja to jeszcze poznała chłopaka z dobrego domu. Rodzice byli nim zachwyceni! Teraz myślę, że po prostu byłem zazdrosny. Była córką idealną pod każdym względem. Jak wyszła za Karola pojechali w tą cholerną podróż z której już nigdy nie wrócili i przyznam, że poczułem ulgę. Skoro nie ma już córki idealnej pozostał im już tylko syn, którego nie mogą już do nikogo porównać. Nie poszedłem na pogrzeb, dlatego że bardzo zależało mi na meczu tylko dlatego że było mi wstyd. A teraz jest mi jeszcze bardziej. Dopiero teraz to wszytsko do nie dociera. Byłem samolubem. Gdybym tylko miał chwilę by powiedzieć jej że ją kocham i przepraszam. Ale myślę, że ona wie. Przykro mi tylko, że nie może już tego ode mnie usłyszeć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz